poniedziałek, 26 października 2015

Rozdział VI-Katarina

Rodział IV
-Widziałeś to w Karczmie?-Zapytał podekscytowany Edy
-Tak
Edy I Pomiksir opuścili Elerad i byli już w drodze do Verez. Droga była prosta, brukowana ścieżka, szlak.
-To było naprawdę dziwne-Kontynuował- I niezwykłe
-Ludzie mają dziwne fetysze, no wiesz.
-Fetysze?! Zabijanie ludzi to fetysz?
-Zabijanie ludzi? Aaaaaa No tak. Tak tak, masz rację.
-Edy zrobił dziwną minę, jednak odpuścił sobie ciekawość.
Teraz Edy'm zawładnęło bardzo dziwne uczucie. Coś czego nigdy nie czuł. Ekscytacja? Ciekawość? Adrenalina? Pewnego rodzaju podniecenie. Nie wiedział czemu. Cieszył się mimo wszystko. Stracił prawie wszystko a teraz jest w drodze z magiem. Połączyła ich klątwa. Czuł się jak dziecko które ma przeżyć przygodę.
-Do Verez są dwa dni drogi.-powiedział mag.
-Wiem, mi tego nie musisz mówić. Byłem tam nie raz w interesach.
-Niestety po drodze nie ma się gdzie zatrzymać.
-Jak to? Przecież kiedyś w połowie drogi stała gospoda.
-Tak. Ale została spalona.
-Jak to? Przez kogo?
-Podobno uderzył w nią piorun.
-Czyli czeka nas noc pod gwiazdami?
Pomiksir nie lubił podpowiadać na pytania oczywiste.
Ściemniło szybko. Mag i złomiarz przed wyjściem z miasta kupili najpotrzebniejsze rzeczy a które zapłacił Edy, w tym koce i prowiant. Edy nazbierał chrustu a zaczął energicznie pocierać o siebie da patyki. Pomiksir po chwili przyszedł do prowizorycznego obozu na skraju lasu z garścią drwa.
-Co robisz?-Zapytał zażenowany.
-Nie widać? Próbuję rozpalić ognisko.
-Odsuń się- Czarodziej rzucił drzewo obok stosu które ułożył Edy. Wyciągnął dłoń w jego stronę i wymówił zaklęcie które niejednemu połamałoby język. W jednej chwili drewno zapłonęło prawdziwym ogniem.
-No tak-Powiedział Edy lekko zdołowanym głosem-przecież umiesz wyczarować ogień z niczego.
-W sumie nie tak do końca z niczego.
-To znaczy?
-Ha, oj nie będę Cię zanudzał podstawami działania energii.
-Ale ja bardzo chętnie posłucham- Edy sprawiał wrażenie dziecka które czekało na bajkę.
-No dobrze, więc usiądź wygodnie i posłuchaj wykładu profesora Pomiksira.-Edy posłusznie wykonał polecenie a on sam przyjął dumną wyprostowaną postawę. - No więc zacznę od tego że nie da się niczego wyczarować z niczego
-Jak to?-Pomiksir zmierzył Ede'go groźnym spojrzeniem.
-Proszę mi nie przerywać. Więc... A z niczego. Magia to po prostu umiejętność kontrolowania energii i jej potęgowania lub osłabiania. Np taki ogień. Ja go nie wyczarowałem. Po prostu wykorzystałem siłę woli i własną energię by zwiększyć temperaturę wokół drewna tak by się zapaliło. Rozumiesz?
-Mniej więcej-choć widać było po jego minie że więcej niż mniej.
-To dobrze. Istnieją różne rodzaje energii które mag może kontrolować. W sumie to jest ich wokół nas całe mnóstwo. Najpopularniejsze to tak zwana magia żywiołów, czyli ogień, woda, wiatr i ziemia. Są też inne np. energia, lub jak kto wioli magia życiowa, energia duchowa, energia pochodząca z planet. Itp itd. Najczęściej magowie szkolą się w opanowaniu konkretnej dziedziny.
-A Ty?
-Co ja?
-W jakiej magi się specjalizujesz?
-Ja?-Twarz maga prócz ognia oświetlała dumna mina.-Ja się specj- Zdanie przerwał podejrzany szmer pochodzący z lasu. Edy zerwał się na równe nogi i chwycił za zdobiony miecz który leżał obok niego. Pomiksir nie drgnął nawet. Prócz jego wyrazu twarzy nic się nie zmieniło
-Znowu te potwory?
-To nie możliwe, one nigdy nie atakowały dwa dni z rzedu.
Z lasu wyszła dziewczyna o kruczoczarnych, długich i prostych włosach. Ubrana była w skórzany kaftan i s spodnie. Ubranie było już bardzo wysłużone i poniszczone.
Ledno powłóczyła nogami. Doszła nieco bliżej ogniska i padła na ziemię.

Następny dzień był bardzo słoneczny. Wiał delikatny orzeźwiający wiaterek a ptaki śpiewały poranną melodię. W śród wiatru i śpiewu ptaków dało się słyszeć rozmowę
-I co z nią?
-Nie wiem, dalej jest nieprzytomna, ale nic jej nie jest
-A skąd to wiesz?
-Przecież jestem magiem, znam się na podstawach medycyny.
Ciemno włosa dziewczyna zaczęła błądzić ręką po ziemi, wsunęła ją od pośladki.
-Tego szukasz?- Tajemnicza kobieta otworzyła oczy. Stał nad nią ciemnowłosy mężczyzna trzymający sztylet- Bardzo dobra robota, krasnoludźka, stal hartowna kilkukrotnie- Edy przyłożył palec wskazujący do końca ostrza- ostrzona tylko na kryształowych ostrzałkach, Na innych nie da się naostrzyć tej stali.
-Wystarczy tego wykładu- Jej oczom ukazał się kolejny mężczyzna, o siwych włosach-Kim jesteś?
Ciemnowłosa nie odezwała się ani słowem, tylko spoglądała to na jednego to na drugiego.
-Kim jesteś- powtórzył
-Jestem Katarina. Ja.- Czarnowłosa była bardzo zdezorientowana, nie widziała co powiedzieć.
-Już spokojnie-powiedział ten o Ciemnych włosach.- Powiedź co się stało.
-Ja nie pamiętam-Katarina wstała po czym zauważyła że ból w nodze utrudnia jej chodzenie. Podwinęła nogawkę i zobaczyła perfekcyjnie opatrzoną ranę- To wy? Zajęliście się mną?
-Wyszłaś-podjął po chwili Edy- z lasu. Co mieliśmy zrobić?
-Ja... Dziękuję.
-I co mamy z Tobą zrobić?- zapytał Pomiksir
-Ja... Udam się do miasta. To chyba dzień drogi stąd. Prawda?
-Veren, tak my też tam idziemy więc pomożemy Ci się tam dostać.
-Trochę opóźni marsz...
-Daj spokój Pomiskirze, przecież nie możemy jej zostawić.
-Nooo dobrze-dodał po chwili zastanowienia, pomożemy.
-Dziękuję-Twarz nowej towarzyszki rozpromieniła się-A czy mogę odzyskać swój sztylet?
Edy był już gotów przekazać jej ostrze kiedy powstrzymał go czarodziej.
-Odzyskasz go w Veren
-Daj spokój przecież to jej własność
-Tak, którą może nam podciąć gardła.
-Rozumiem-wtrąciła-że mi nie ufacie. Nie ma problemu poczekam.
Kararina siadła przyglądała się jak reszta pakuje koce i inny sprzęt do toreb. Po czym Edy wziął Czarnowłosą pd ramię i bez zwłoki dalej ruszyli. Oddalili się od skraju lasu, dalej szli prosto gościńcem nie zagłuszając śpiewu ptaków i szumu wiatru. Mieli pas wierzb rosnących wzdłuż drogi, droga zaczynała robić się co raz bardziej kamienista to utrudniało marsz. Ciepły poranek zamienił się w upalne południe. Pomiksir zarządził odpoczynek. Weszli na zarośniętą łąkę na której pasło się stado krów. Znaleźli na niej jedno duże samotnie rosnące drzewo i postanowili odpocząć w jego cieniu.
-Przypomniałaś sobie coś?-Pomiksir wyrwał Katarinę z zamyślenia
-Nie
-Ciężka sprawa. Bardzo Ciekawi mnie kto Cię tak pokiereszował.
Dalej było już milczenie, Edy uciął sobie małą drzemkę a mag nie spuszczał oka z Katariny.
-EJ! A Co wy tu znów robicie?!- Cisze zniszczył krzyk. Edy poskoczył wyrwany ze snu i wstał na równe nogi.
-Zza drzewa wyszedł starszy człowiek z nie małymi zakolami na głowie.
-Przepraszam waści panowie i ciebie panienko-Starszy człowiek wydawał się być zakłopotany. Znowu żem myślał że to te gówniarze krowy mi straszą.
-Nic się nie stało.
-Co dzień przychodzą i nie wiedzieć po co straszą mi krowy a potem nie dają mleka.
-Naprawdę nic się nie stało-potwierdził czarodziej. Wasze to krowy?
-Nie panie, ja ino je pasam. One ni moje.
-A czyje dobry panie?
-Aa to są wsi właściciela, on najbogatrzy i najwincy zimi mo.
-Nie macie aby nic naprzeciw byśmy sobie tutaj odpoczęli?
-Ja? Nii panie odpoczywajta.
-Dziękujemy.
-ino jakbyście te bachory zobaczyli to przeguńta
-Przegonimy przegonimy dopowiedział Edy
Starszy człowiek tylko skinął głową i odszedł. Na szczęście nikt już nie przyszedł. Po godzinie odpoczynku znów ruszyli. Dalsza podróż odbyła się bez przeszkód. Nowa towarzyszka wykazała się niezwykłą kondycją. Przez pewien czas nawet pozwoliła odpocząć ramieniu Edy'ego i sama kuśtykała. Pomiksir nie spuszczał z niej oczu i co jakiś czas dopytywał się czy coś pamięta. Edy za to wypytywał się o jej rodzinę, przeszłość, zawód i miejsce zamieszkania. Jednak ona za każdym razem spławiała go krótkimi odpowiedziami.
Po jakimś czasie doszli do Verez. Miasto nie było tak bardzo piękne i zaludnione jak Elerad. Ale z pewnością było większe. Nie miało żadnych murów. A jedynie kompleks mniejszych i większych budynków.

-Tutaj nasze drogi się rozchodzą-Powieszał mag wręczając jej sztylet.- Mamy swoje sprawy do załatwienia. Jest tu szpital, znajdziesz go bez problemu powodzenia. 

niedziela, 18 października 2015

Rozdział III - Nowy początek

  W środku nie było wielu ludzi. Zresztą była zbyt wczesna pora by ktoś przesiadywał w karczmie. Co prawda nie był to bank ale karczmie niczego nie brakowało. Była zadbana, prosta a w tej prostocie coś było.
Na jednej ścianie wisiała ogromna mapa która zajmowała prawie całą ścianę. Owa mapa przedstawiała kontynent. Z czterech stron otoczony wodą. Ludzie nazywali to po prostu „Starym kontynentem”. Wiedzieli o istnieniu innych ale naprawdę nieliczna grupa ludzi odwiedziła inne kontynenty. Przeważnie byli to magowie i poszukiwacze przygód. Niemal przez środek mapy przechodził łańcuch górski nazywanych „Łańcuchem krasnoludów”. W ich wnętrzu mieszkały krasnoludy. W środku gór mieli swoje domy, kopalnie, fabryki. Nikt lepiej od krasnoludów nie znał się na hutnictwie i metalurgi. Tereny na południowym-wschodzie zajmował ogromny las zwany „Rest”- ojczyzna elfów. Las ciągnął się prawie do morza. Cała reszta należała do ludzi. Ludzie byli jedyną rasą która dzieliła się jeszcze między sobą na „pięć wielkich nacji”. Aktualnie trwała wojna między Mazarią a Ormanią. Edy wiedział że mapa jest troszeczkę nie aktualna.
Pomiksir stał przy tablicy powieszonej na przeciwnej ścianie.
-Co to jest?-spytał Edy
Pomiksir odkrzykną
-to jest tablica ogłoszeń.
-Ogłoszeń?
Do tablicy było przypięte mnóstwo papieru. Jedne ogłoszenia były przybite do drugich. „Nagroda Za zabicie potwora” „zaginął człowiek” „przyjmę do pomocy w gospodarstwie” „szukam żony, pilne!” „Nagroda za głowę sąsiada”. Na tablicy było całe mnóstwo podobnych ogłoszeń a Pomiksir wyglądał na takiego co chciałby znaleźć coś wyjątkowego.
W tym samym czasie wszedł dziwny jegomość. Był wątły, niski, a twarz wyglądała niczym twarz dziecka nie licząc blizny biegnącej od czoła, koło prawego oka na policzku kończąc. Kolejną rzeczką która rzucała się w oczy było ubranie. Szara podarta szmata przepasana wokół tali i przez ramię. A także topór. Ogromy, zawieszony na plecach.
Dziwny chłopiec podszedł do baru i zamówił piwo po czym usiadł przy pierwszym lepszym stoliku.
Edy przyglądał się mu przez jakiś czas aż zorientował się że Pomiskir siedzi przy stoliku z ogłoszeniem w ręku.
-Znalazłeś coś?
-Tak- odparł pokazując mu papier.
-”nagroda dla tego który załapie złodzieja i odzyska fanty”. Myślałem że lubisz bardziej, emm... Ciekawsze zadania.
-To jest dość ciekawe. Przyjrzyj się tablicy
Edy znów spojrzał na tablicę, szybko przeleciał wzrokiem po ogłoszeniach. Widział kilka dziwnych i zaskakujących ogłoszeń pokroju „szukam asystenta do badań” jak i „zaginął...”
Znów otwarły się drzwi. Do środka weszło dwóch osiłków. Oboje mieli u pasa miecze. Oboje fikuśne czapki z piórem. Oboje wąsy i nie ciekawy wyraz twarzy. Marszem podeszli do dziwnego chłopca z blizną.
-To Ty!
-Ja? Zdaje się wam.
-Odechce się żarcików
Oboje jak na komendę wyciągnęli miecze. Obdartus szybko, niczym kot. Wąsaci panowie zamachnęli się na niego z pełnym impetem. Udało mu się jeszcze odskoczyć. Dalej odskakiwać nie miał szans ponieważ przycisnęli go do ściany. W tej chwili stało się coś najdziwniejszego. Jego ręka stała się bardzo umięśniona, zupełnie nie pasowała do reszty chucherkowatego ciała. Wyglądała niczym ktoś odciął rękę jakiegoś mięśniaka i przyszył ją do ciała małego chłopca. Chwycił tą ręką za topór i machnął nim niczym patykiem. Jednym uderzeniem zwalił osiłków na ziemię. Krew obryzgała jego i ścianę za nim. Następnie cała wylała się na podłogę. Jego ręką wróciła do normalnych rozmiarów, powoli zawiesił topór na plechach.
-Przepraszam za zamieszanie-powiedział do karczmarki która najwyraźniej była w szoku i życił na stół garść monet. Następnie wyszedł jak gdyby nigdy nic.
Przez chwilę trwała niezręczna cisza którą przerwał Pomiksir.
-Wiem co będziemy dzisiaj robić!-wyglądał jak gdyby nie widział tej sceny.-Wstawaj Idziemy do Verez.
-No czyli masz zamiar łapać złodziei?
-To nie jest zwykły złodziej. Widzisz? Na tablicy nie ma innych zleceń dotyczących złodziei. A To dlatego że nie opłaca się nikogo wynajmować do takich spraw. Albo załatwia się to we własnym zakresie, albo zostawia w spokoju. A to jest niezwykły złodziej.

-No dobra. Więc idziemy. Nie wierzę że to robię...  

czwartek, 3 września 2015

Rozdział II-Elerad

Rozdział II-Elerad
Już zaczęło świtać zanim udało się im znaleźć ścieżkę w lesie.
-To może teraz mi wyjaśnisz w końcu o co chodzi? Jesteś magiem tak
-Jesteś strasznie upierdliwy-powiedział po chwili-tak jestem magiem. Masz coś do magów?
-Nie. Jak masz na imię?
-Ekhm... kiedy kogoś się pyta o imię najpierw wypadałoby podać swoje.
-Edy
-Edy jaki? Skąd?
-Edy z nikąd.
-Jak to? Skąd pochodzisz?
-Nie wiem. Mój ojciec nigdy nic na ten temat nie mówił. Chyba sam nie wiedział. Bo jego ojciec jak i dziadek też byli zło... Zbieraczami przydatnych rzeczy.
-Naprawdę?
-A pańska godność?
-Pomiksir, Mag.
-Gdyby nie te okoliczności powiedziałbym że miło mi Cię poznać
-Nazywam je szarakami.
-Szarakami? Te istoty w karczmie?
-Tak
-Czyli znasz je?
-Czy znam? Uciekam przed nimi 3 lata...
Mag urwał i otworzył szeroko oczy. Zdał sobie sprawę że powiedział coś czego mówić nie powinien.
-Świetnie! Przez Ciebie umarło mnóstwo osób.
-Nie przeze mnie-oburzył się mag-to długa historia..
-... która mnie nie obchodzi. Przez Ciebie straciłem wóz i konie, cały dobytek.
-Nie cały, masz ten miecz
Prawda była taka że Edy w cały zamieszaniu odruchowo zabrał ze sobą pięknie zdobiony miecz. Teraz jedyne co przy sobie miał to ten miecz i kilka monet w w sakiewce.
-Trudno-powiedział po chwili Edy-Dam sobie radę, zawsze dawałem. Pozwól że Cię zostawię zanim te szaraki znów zechcą Cię zabić.
-Ciebie też zechcą.
Edy zbladł
-Mnie?! A to niby za co?
-Bo ich widziałeś, i żyjesz.
-No i?
-Oni tak działają-powiedział spokojnie Pomiksir-Myślisz że czemu to się zaczęło?
Pomiksir podrapał się po głowie, zmarszczył czoło jakby się nad czymś zastanawiał.
-Dawno temu-podjął po chwili-Dostałem zadanie. My magowie czasem wykonujemy zadania których inni wykonać nie potrafią. Musiałem się dowiedzieć kto jest odpowiedzialny za brutalne mordy w pewnym mieście
Edy czekał
-I niestety się dowiedziałem, To te stwory wtedy udało mi się uciec, trzy lata mi się udaje. Ale zawsze jest ten sam scenariusz. Ktokolwiek by ich nie zobaczył ten był ścigany tak długo aż zginie. Tak jak ja teraz jestem ścigany i tak jak ty będziesz ścigany.
Edy zbladł jeszcze bardziej, wyglądał tak jakby zaraz miał zginąć i to przez Pomiksira.
-I co ja mam teraz niby zrobić?
-Rób co chcesz. Ja proponuję uciekać, mi się już przez trzy lata udaje. Może i tobie się uda.
-Kiedy oni przychodzą? Jak się ich ustrzec? Co robić? Jak walczyć?
Mag złapał się nerwowo za głowę i ściągną kaptur ukazując swoje bujne siwe włosy, wcale nie był taki stary jak zakładał Edy.
-Za dużo pytań naraz! Nocą, nie da się, uciekać, dobrze.
Edy się zmieszał, ale zaczął naobierać znów rumieńców.
-Jeśli chesz-podjął po chwili czarodziej- możesz podróżować ze mną, nie obiecuję Ci bezpieczeństwa, ale we dwoje z jednym brzemieniem zawsze raźniej.
Edy już nie był blady.
-Puki co i tak nie mam co robić. Gdzie zmierzasz?
Czarodziej się uśmiechną i walną Edy'ego w plecy z głuchym odgłosem.
-Do Elerad, miasta magi.
-To niedaleko. Jest tam bank?
Pomiksir spojrzał na niego z ukosa.
-Jest
-Świetnie, idę z tobą.
Szli prosto leśną Ścieszką aż wyszli od otwartą przestrzeń. Na horyzoncie ukazało się im wielkie miasto otoczone grubym, kamiennym murem.
-Więc wielu było takich jak ja?
-Złomiarzy?
-Nie! Przeklętych.
-A! Kilku, ale już nie żyją
-Jak to jest że ty cały czas żyjesz
-Nie zabiłem się i tyle.
-Jak to?
-Większość z tych którym udało się uciekać nie wytrzymali, sami się zabili nim zrobiły to szaraki. Nie mogli wytrzymać napięcia, nie spali, nie jedli, aż się powiesili. Popatrz już jesteśmy na miejscu.
Mur był zbudowany z ciosanego kamienia. Chyba nie był ciosany ludzkimi rękami. Brama do miasta była w kształcie łuku, pozbawiona krat i innych „drzwi”. U wejścia stała tylko jedna osoba odziana w długi niebieski płaszcz. Wokół pasa miała zawiązany gruby sznur a na szyi wisiał długi srebrny łańcuch.
-Serdecznie zapraszamy-postać w niebieskim płaszczu była kobietą, bardzo ładną, szczupłą i śnieżno białymi zębami.
Kiedy weszli do miasta ujrzeli zatłoczone uliczki pełne ludzi w długich szatach. Na ulicy było tłoczno, wszędzie były rozstawione stragany a na nich różne najdziwniejsze przedmioty. Zaczynając od ksiąg oprawianych skórą poprzez patyki, szkiełka i inne rzeczy przypominające śmieci, a kończąc na szklanych buteleczkach z różnokolorowymi płynami i proszkami.
-Tam prosto- powiedział Pomiksir-jest twój bank.
Udali się tam szybki krokiem przeciskając się między tłumem czarodziejów.
Budynek banku wyróżniał się na tle innych, był po pierwsze największy spośród okolicznych budynków, bogato zdobiony, szklane okna w pozłacanych ramach, złote ozdoby, marmurowe kolumny ozdabiane szlachetnymi kamieniami, a nad wejściem widniał wielki, szczero-złoty napis „BANK”. W środku wcale nie było skromniej, złoto i kamienie szlachetne rzucały się w oczy, na ścianach wysiały portrety ludzi oczywiście w złotych ramach, tylko posadzka była tam marmurowa. Przed magiem i złomiarzem był długi korytarz po lewej i po prawej stronie były postawione małe budki w których miejsce zajmowały osoby różnej maści, mężczyźni, kobiety, elfy, krasnoludy i gremliny. Każdy z nich miał na sobie granaty uniform zdobiony delikatnie i wyjątkowo skromnie złotymi nitkami które tworzyły faliste wzory.
Edy rozejrzał się i po chwili dojrzał budkę przy której nie było kolejki, była to chyba jednana taka budka. Podeszli do niej.
-Dzień dobry- powiedział wyjątkowo formalnie- chciałbym wypłacić pieniądze ze skrytki.
Kobieta która siedziała budce spojrzała na niego z ukosa.
-Klucz ma?
-Ma.
-Pokaże.
Edy Ze swojej sakiewki wyciągnął mały złoty kluczyk na którym były wygrawerowane cyferki. Pomiksir przyglądał się wszystkiemu z boku. Kobieta wzięła klucz i przyjrzała się mu.
-Hasło.
Edy już był przygotowany powiedzieć hasło ale zawahał się. Spojrzał znacząco na maga.
-No co ty?-Powiedział mag z oburzeniem
Edy dalej się na niego patrzył
-no dobra
Kiedy Pomiksir nieco się oddalił Edy zdecydował się mówić
-Niebieski wilkołak
Kobieta przekartkowała wielką księgę która leżała przed nią
-Nie
-Yyy jak to było... Purpurowy wilkołak.
-Ile sobie pan życzy wypłacić?
-pięćset
Kobieta otworzyła szeroko oczy. Stała i zniknęła za bogato zdobionymi drzwiami tuż za nią. Po chwili wróciła niosąc mały woreczek pełen dzwoniących monet.
Edy wraz z magiem i workiem złota wyszedł na ulicę.
-No to teraz Ty Poksymirze, teraz twoje sprawy.
-Choć za mną
Udali się szli przez chwilę prosto, potem skręcili w boczną, mniej zatłoczoną uliczkę
-Mogę zadać pytanie?
-Jasne-odpowiedział czarodziej-ale jeśli znów będziesz mnie męczył szarakami to nie ręczę...
-Nie-przerwał mu Edy. Chodzi walkę mieczem. Bardzo dobrze Ci to idzie. Aż dziw że musiałeś kupić nowy miecz, wyglądasz na takiego co to z mieczem się nie rozstaje.
-Pamiętasz to wino które piliśmy? To właśnie był mój miecz
Edy otworzył szeroko oczy.

Nim Edy zdążył to skomentować doszli do celu. Była to kolejna karczma która nie pasowała to tej części miasta. Była wyjątkowo zadbana.


Uwaga! Informuję że pisanie tego to jest trochę pracochłonne zajęcie które na obecną chwilę nie sprawia mi żadnej satysfakcji. Powiem szczerze że nawet w głowie tej historii nie mam. A więc powiem wprost. Jeśli znajdzie się jakieś większe grono ludzi chcących to czytać to będę to kontynuował. W innym przypadku nie sprawia mi to satysfakcji. Więc jeśli jesteście ciekawi to proszę o to abyście dali mi o tym jakoś znać. Dziękuję za uwagę.

środa, 5 sierpnia 2015

Rozdział I-Szara rzeczywistość

Rozdział I
Szara rzeczywistość
 Był chłodny burzowy wieczór. Edy postanowił że ze względu na warunki pogodowe zatrzyma się w najbliższej karczmie. Edy był złomiarzem, zajmował się podążaniem za wojskami króla Marina które zmierzały na zachód. Podążał za nimi by zbierać złom. Miecze, tarcze, strzały i wszystko inne co mógłby sprzedać. Był to dość młody chłopak, nie miał więcej niż trzydzieści lat. Przeciętnego wzrostu, miał piwne oczy i czarne jak noc, krótko obcięte włosy.
Na ziemię zaczęły spadać już pierwsze krople deszczu, a Edy zaczął tracić nadzieję że uda mu się nie przemoknąć. Jednak po krótkiej chwili za drzew zobaczył piętrowy budynek pokryty strzechą. „Karczma pod Bykiem”. Bez chwili zastanowienia wprowadził konia i powóz do stojącej obok stodoły a sam udał się do karczmy. Było to dość obskurne miejsce, wokół unosił się zapach taniego alkoholu, ściany były szare, tylko gdzieniegdzie ozdobione głowami dzików, jeleni, starymi mieczami i herbami jakiś mało-znanych rodów. Sala była zapełniona przez pijany tłum mężczyzn. Edy Podszedł do karczmarki, była to kobieta w średnim wieku, niezbyt urodziwa i niezbyt miła
-Słucham?-powiedziała sucho.
-Zostawiłem w stodole konia i powóz-powiedział cicho lecz pewnie
-Yhym.
-Będę mógł się przespać?
-To nie burdel-powiedziała zanosząc się śmiechem
Edy'ego ten żatrt nie rozśmieszył i przemilczał go.
Kobieta spojrzała na jego posępną minę i powiedziała:
-Miejsc brak!
-zapłacę podwójnie-powiedział bez chwili zastanowienia.
Karczmarka zamyśliła się przez chwilę
-przygotuję Ci posłanie na strychu, ale nie licz na wygody.
-Chętnie bym coś zjadł i się napił
-Jedyne co mamy to gulasz i piwo
Edy z grymasem wyciągną sakiewkę pełną  złotych monet i dyskretnie wyciągną z nich kilka błyszczących monet. Po czym usiadł przy jedynym wolnym stoliku w ciemnym koncie sali. Nie musiał czekać na długo, w drewnianym kuflu przyniesiono mu piwo a w misie gulasz. I jedno i drugie nie zachwycało. Gulasz był stęchły, widać stary. A piwo było strasznie gorzkie i kwaskowe. Z przymusem Edy zaczął się zajadać ta potrawą i popijać ją jeszcze gorszym napojem.
Po jakimś czasie dosiadł się do niego bez zapowiedzi starszy człowiek. Miał na sobie szary płaszcz, głowię zasłaniał kapturem tak jakby się ukrywał, spod kaptura widać było tylko jego wydłużony podbródek ozdobiony kilkudniowym, siwym zarostem.
-Czy mogę się dosiać?-Zapytał, chyba jako jedyny prócz edy'ego i karczmarki był trzeźwy z całego towarzystwa. Edy nawet ucieszył się że znalazł kogoś z kim może porozmawiać bez upajania się tym czym co tam nazywali piwem.
-Proszę
-Widziałem że masz sporo złomu ze sobą
-To nie jest taki złom-odpowiedział z urażoną dumą.
-Tak? A skąd go masz-powiedział staruszek ze szczyptą ironii.
-Znajduję go.
-Haha-zaśmiał się cicho- Czyli jesteś Złomiarzem, zbierasz złom
-Wolę się nazywać poszukiwaczem przydatnych rzeczy...
-To i tak nie zbyt szlachetna nazwa. Da się z tego wyżyć?
-To zależy-odpowiedział Edy, sam nie wiedział czemu tak chętnie rozmawiał z tym człowiekiem- Ostatnio nie ma żadnych bitew. Wojska Króla tylko patrolują. W okolicy nie ma nawet jednego Mazaryjczyka. Pamiętam-ciągnął dalej- jeszcze parę miesięcy temu spotkały się oddziały patrolujące mazaryjczyków i rotów. Niby oba odziały były niewielkie ale powybyjały się prawie co do nogi. Łupy zbierało się jak grzyby po deszczu.
-Nie martw się, na pewno za jakiś czas znów się wzbogacisz. Czemu zostałeś się złomiarzem?
Edy poczuł się urażony że starzec znów użył tego określenia, jednak tym razem to zignorował.
-Mój ojciec też zbierał złom. Nauczył mnie fachu.
-Nie żyje?
-Zmarł na gangrenę dwa lata temu.
-A matka?
-Nie pamiętam jej ojciec nie chciał o niej mówić. Ponoć zabrał mnie od niej od kąt tylko nauczyłem się chodzić.
-Przykro mi.
-Czemu? Przecież jej nie pamiętam, może była złą kobietą?
-No może.
Edy sięgnął ręką do kufla z piwem, jednak starzec złapał go za rękę.
-Przestań! Nie mogę patrzeć jak pijesz te siki.
Wsadził rękę za płaszcz i spod pazuchy wyciągnął bardzo ładną szklaną butelkę, postawił ją na stole rozglądając się tak jakby wyciągną na stół kryształ.
-Spróbuj tego.
-Co to?
-Nie trucizna-powiedział z uśmiechem-Pij!
„Chyba nawet trucizna byłaby lepsza niż to piwo” pomyślał, sięgną po butelkę i wypił jeden łyk
-Wino!-Stwierdził Edy.
-Prawda że dobre?- Staruszek wyglądał na bardzo podekscytowanego.
-No dobre
Staruszek nie zauważył że u Edy'ego nie wzbudza to takiej samej ekscytacji.
-pochodzi z Boraryfu, to daleko na wschód stąd. Na czym jak na czym ale na winie to się znają.
Staruszek wziął butelkę i powoli wypił trochę, delektując się.
-Masz miecz na sprzedasz?- Zapytał bez ogródek staruszek.
Trochę to zakłopotało Edy'ego
-mam i to nawet nie jeden. Ale na wozie.
-domyślam się. Chodźmy, dobrze?
Wstali obaj od stołu i wyszli.
   Staruszek ruszał się żwawo, szedł bardziej wyprostowany niż nie jeden młody, widać było że ma dożo werwy. Na dworze dalej padał deszcz. Kiedy weszli do stodoły Edy zaczął szukać czegoś na swym wozie. Po chwili wyciągną miecz, całkiem zwyczajny, nie zdobiony, nie za długi, nie za krótki, Zwykły miecz. Starzec wziął go do ręki, przyjrzał mu się uważnie, i wykonał kilka profesjonalnych wymachów. Edy zdziwił się że taki staruszek wie jak dobrze posługiwać się bronią.
Po chwili starzec dostrzegł na wozie jeszcze jeden miecz. Wyciągną go i mu się uważnie przyjrzał. Ten był zupełnie inny, wykonany z najlepszej stali w górach krasnoludów, z bogato zdobioną rękojeścią, miecz najwyższej klasy. Edy kiedy szybko wyrwał miecz z rąk starca.
-Ten nie jest na sprzedaż.
-I tak mnie na niego nie stać, Ile za ten-powiedział wskazując na „zwykły miecz”
-30 sztuk złota i jest twój
Staruszek wyją sakwę i zaczął liczyć.
-Mam tylko 15 sztuk złota i 60 srebra-Powiedział zrezygnowanym tonem.
Edy zamyślił się przez chwilę, chyba zrobiło mu się żal staruszka.
-Dobra-powiedział zdecydowany-daj mi 10 złota i go bierz
Staruszek bardzo się ucieszył, już chciał nawet przytulić chłopaka kiedy nagle oboje usłyszeli krzyk karczmarki.
Wybiegi ze stajni natychmiast i wybiegi do karczmy. Obraz który tam zastali przeszedł ich najśmielsze oczekiwania. Wszyscy już byli martwi, wszędzie leżały porozrywane ciała. Ściana która jeszcze parę minut temu była szara teraz była ozdobiona szkarłatem. Nad zwłokami ludzi stały dziwne istoty, Wyglądały jak szare bardzo pomarszczone i dziwnie garbiące się dzieci. Miały czarne oczy a ich dłonie były zakończone ostrymi i długimi pazurami. Edy patrzył z niedowierzaniem na te dziwne stwory.
-Co tu się kurwa dzieje?!
W tej chwili jeden z nich zaczął dziwnie biec w ich kierunku. Skoczył i nabił się na ostrze trzymane przez starca.
-Uciekamy-powiedział staruszek
Edy szybko wykonał jego polecenie, kolejne dwa rzuciły się w pogoń. Jeden Zatrzymał się z uciętą głową. Kolejny biegł za Edy'm. Skoczył na jego plecy przewracając go i drapiąc. Starzec podniósł lewą dłoń do góry i wypowiedział coś pod nosem. Z jego dłoni wystrzelił fioletowa kula światła która uderzyła w dziwną szara istotę strącając ją. Starzec podszedł i podniósł Edy'ego.
-Szybko zanim tamci skończą jeść!

Oboje pobiegli w las.