Rodział
IV
-Widziałeś to w Karczmie?-Zapytał podekscytowany Edy
-Tak
Edy I Pomiksir opuścili Elerad i byli już w drodze do
Verez. Droga była prosta, brukowana ścieżka, szlak.
-To było naprawdę dziwne-Kontynuował- I niezwykłe
-Ludzie mają dziwne fetysze, no wiesz.
-Fetysze?! Zabijanie ludzi to fetysz?
-Zabijanie ludzi? Aaaaaa No tak. Tak tak, masz rację.
-Edy zrobił dziwną minę, jednak odpuścił sobie
ciekawość.
Teraz Edy'm zawładnęło bardzo dziwne uczucie. Coś
czego nigdy nie czuł. Ekscytacja? Ciekawość? Adrenalina? Pewnego
rodzaju podniecenie. Nie wiedział czemu. Cieszył się mimo
wszystko. Stracił prawie wszystko a teraz jest w drodze z magiem.
Połączyła ich klątwa. Czuł się jak dziecko które ma przeżyć
przygodę.
-Do Verez są dwa dni drogi.-powiedział mag.
-Wiem, mi tego nie musisz mówić. Byłem tam nie raz w
interesach.
-Niestety po drodze nie ma się gdzie zatrzymać.
-Jak to? Przecież kiedyś w połowie drogi stała
gospoda.
-Tak. Ale została spalona.
-Jak to? Przez kogo?
-Podobno uderzył w nią piorun.
-Czyli czeka nas noc pod gwiazdami?
Pomiksir nie lubił podpowiadać na pytania oczywiste.
Ściemniło szybko. Mag i złomiarz przed wyjściem z
miasta kupili najpotrzebniejsze rzeczy a które zapłacił Edy, w tym
koce i prowiant. Edy nazbierał chrustu a zaczął energicznie
pocierać o siebie da patyki. Pomiksir po chwili przyszedł do
prowizorycznego obozu na skraju lasu z garścią drwa.
-Co robisz?-Zapytał zażenowany.
-Nie widać? Próbuję rozpalić ognisko.
-Odsuń się- Czarodziej rzucił drzewo obok stosu które
ułożył Edy. Wyciągnął dłoń w jego stronę i wymówił
zaklęcie które niejednemu połamałoby język. W jednej chwili
drewno zapłonęło prawdziwym ogniem.
-No tak-Powiedział Edy lekko zdołowanym
głosem-przecież umiesz wyczarować ogień z niczego.
-W sumie nie tak do końca z niczego.
-To znaczy?
-Ha, oj nie będę Cię zanudzał podstawami działania
energii.
-Ale ja bardzo chętnie posłucham- Edy sprawiał
wrażenie dziecka które czekało na bajkę.
-No dobrze, więc usiądź wygodnie i posłuchaj wykładu
profesora Pomiksira.-Edy posłusznie wykonał polecenie a on sam
przyjął dumną wyprostowaną postawę. - No więc zacznę od tego
że nie da się niczego wyczarować z niczego
-Jak to?-Pomiksir zmierzył Ede'go groźnym spojrzeniem.
-Proszę mi nie przerywać. Więc... A z niczego. Magia
to po prostu umiejętność kontrolowania energii i jej potęgowania
lub osłabiania. Np taki ogień. Ja go nie wyczarowałem. Po prostu
wykorzystałem siłę woli i własną energię by zwiększyć
temperaturę wokół drewna tak by się zapaliło. Rozumiesz?
-Mniej więcej-choć widać było po jego minie że
więcej niż mniej.
-To dobrze. Istnieją różne rodzaje energii które mag
może kontrolować. W sumie to jest ich wokół nas całe mnóstwo.
Najpopularniejsze to tak zwana magia żywiołów, czyli ogień, woda,
wiatr i ziemia. Są też inne np. energia, lub jak kto wioli magia
życiowa, energia duchowa, energia pochodząca z planet. Itp itd.
Najczęściej magowie szkolą się w opanowaniu konkretnej dziedziny.
-A Ty?
-Co ja?
-W jakiej magi się specjalizujesz?
-Ja?-Twarz maga prócz ognia oświetlała dumna mina.-Ja
się specj- Zdanie przerwał podejrzany szmer pochodzący z lasu. Edy
zerwał się na równe nogi i chwycił za zdobiony miecz który leżał
obok niego. Pomiksir nie drgnął nawet. Prócz jego wyrazu twarzy
nic się nie zmieniło
-Znowu te potwory?
-To nie możliwe, one nigdy nie atakowały dwa dni z
rzedu.
Z lasu wyszła dziewczyna o kruczoczarnych, długich i
prostych włosach. Ubrana była w skórzany kaftan i s spodnie.
Ubranie było już bardzo wysłużone i poniszczone.
Ledno powłóczyła nogami. Doszła nieco bliżej
ogniska i padła na ziemię.
Następny dzień był bardzo słoneczny. Wiał delikatny
orzeźwiający wiaterek a ptaki śpiewały poranną melodię. W śród
wiatru i śpiewu ptaków dało się słyszeć rozmowę
-I co z nią?
-Nie wiem, dalej jest nieprzytomna, ale nic jej nie jest
-A skąd to wiesz?
-Przecież jestem magiem, znam się na podstawach
medycyny.
Ciemno włosa dziewczyna zaczęła błądzić ręką po
ziemi, wsunęła ją od pośladki.
-Tego szukasz?- Tajemnicza kobieta otworzyła oczy. Stał
nad nią ciemnowłosy mężczyzna trzymający sztylet- Bardzo dobra
robota, krasnoludźka, stal hartowna kilkukrotnie- Edy przyłożył
palec wskazujący do końca ostrza- ostrzona tylko na kryształowych
ostrzałkach, Na innych nie da się naostrzyć tej stali.
-Wystarczy tego wykładu- Jej oczom ukazał się kolejny
mężczyzna, o siwych włosach-Kim jesteś?
Ciemnowłosa nie odezwała się ani słowem, tylko
spoglądała to na jednego to na drugiego.
-Kim jesteś- powtórzył
-Jestem Katarina. Ja.- Czarnowłosa była bardzo
zdezorientowana, nie widziała co powiedzieć.
-Już spokojnie-powiedział ten o Ciemnych włosach.-
Powiedź co się stało.
-Ja nie pamiętam-Katarina wstała po czym zauważyła
że ból w nodze utrudnia jej chodzenie. Podwinęła nogawkę i
zobaczyła perfekcyjnie opatrzoną ranę- To wy? Zajęliście się
mną?
-Wyszłaś-podjął po chwili Edy- z lasu. Co mieliśmy
zrobić?
-Ja... Dziękuję.
-I co mamy z Tobą zrobić?- zapytał Pomiksir
-Ja... Udam się do miasta. To chyba dzień drogi stąd.
Prawda?
-Veren, tak my też tam idziemy więc pomożemy Ci się
tam dostać.
-Trochę opóźni marsz...
-Daj spokój Pomiskirze, przecież nie możemy jej
zostawić.
-Nooo dobrze-dodał po chwili zastanowienia, pomożemy.
-Dziękuję-Twarz nowej towarzyszki rozpromieniła się-A
czy mogę odzyskać swój sztylet?
Edy był już gotów przekazać jej ostrze kiedy
powstrzymał go czarodziej.
-Odzyskasz go w Veren
-Daj spokój przecież to jej własność
-Tak, którą może nam podciąć gardła.
-Rozumiem-wtrąciła-że mi nie ufacie. Nie ma problemu
poczekam.
Kararina siadła przyglądała się jak reszta pakuje
koce i inny sprzęt do toreb. Po czym Edy wziął Czarnowłosą pd
ramię i bez zwłoki dalej ruszyli. Oddalili się od skraju lasu,
dalej szli prosto gościńcem nie zagłuszając śpiewu ptaków i
szumu wiatru. Mieli pas wierzb rosnących wzdłuż drogi, droga
zaczynała robić się co raz bardziej kamienista to utrudniało
marsz. Ciepły poranek zamienił się w upalne południe. Pomiksir
zarządził odpoczynek. Weszli na zarośniętą łąkę na której
pasło się stado krów. Znaleźli na niej jedno duże samotnie
rosnące drzewo i postanowili odpocząć w jego cieniu.
-Przypomniałaś sobie coś?-Pomiksir wyrwał Katarinę
z zamyślenia
-Nie
-Ciężka sprawa. Bardzo Ciekawi mnie kto Cię tak
pokiereszował.
Dalej było już milczenie, Edy uciął sobie małą
drzemkę a mag nie spuszczał oka z Katariny.
-EJ! A Co wy tu znów robicie?!- Cisze zniszczył krzyk.
Edy poskoczył wyrwany ze snu i wstał na równe nogi.
-Zza drzewa wyszedł starszy człowiek z nie małymi
zakolami na głowie.
-Przepraszam waści panowie i ciebie panienko-Starszy
człowiek wydawał się być zakłopotany. Znowu żem myślał że to
te gówniarze krowy mi straszą.
-Nic się nie stało.
-Co dzień przychodzą i nie wiedzieć po co straszą mi
krowy a potem nie dają mleka.
-Naprawdę nic się nie stało-potwierdził czarodziej.
Wasze to krowy?
-Nie panie, ja ino je pasam. One ni moje.
-A czyje dobry panie?
-Aa to są wsi właściciela, on najbogatrzy i najwincy
zimi mo.
-Nie macie aby nic naprzeciw byśmy sobie tutaj
odpoczęli?
-Ja? Nii panie odpoczywajta.
-Dziękujemy.
-ino jakbyście te bachory zobaczyli to przeguńta
-Przegonimy przegonimy dopowiedział Edy
Starszy człowiek tylko skinął głową i odszedł. Na
szczęście nikt już nie przyszedł. Po godzinie odpoczynku znów
ruszyli. Dalsza podróż odbyła się bez przeszkód. Nowa
towarzyszka wykazała się niezwykłą kondycją. Przez pewien czas
nawet pozwoliła odpocząć ramieniu Edy'ego i sama kuśtykała.
Pomiksir nie spuszczał z niej oczu i co jakiś czas dopytywał się
czy coś pamięta. Edy za to wypytywał się o jej rodzinę,
przeszłość, zawód i miejsce zamieszkania. Jednak ona za każdym
razem spławiała go krótkimi odpowiedziami.
Po
jakimś czasie doszli do Verez. Miasto nie było tak bardzo piękne i
zaludnione jak Elerad. Ale z pewnością było większe. Nie miało
żadnych murów. A jedynie kompleks mniejszych i większych budynków.
-Tutaj
nasze drogi się rozchodzą-Powieszał mag wręczając jej sztylet.-
Mamy swoje sprawy do załatwienia. Jest tu szpital, znajdziesz go bez
problemu powodzenia.