poniedziałek, 26 października 2015

Rozdział VI-Katarina

Rodział IV
-Widziałeś to w Karczmie?-Zapytał podekscytowany Edy
-Tak
Edy I Pomiksir opuścili Elerad i byli już w drodze do Verez. Droga była prosta, brukowana ścieżka, szlak.
-To było naprawdę dziwne-Kontynuował- I niezwykłe
-Ludzie mają dziwne fetysze, no wiesz.
-Fetysze?! Zabijanie ludzi to fetysz?
-Zabijanie ludzi? Aaaaaa No tak. Tak tak, masz rację.
-Edy zrobił dziwną minę, jednak odpuścił sobie ciekawość.
Teraz Edy'm zawładnęło bardzo dziwne uczucie. Coś czego nigdy nie czuł. Ekscytacja? Ciekawość? Adrenalina? Pewnego rodzaju podniecenie. Nie wiedział czemu. Cieszył się mimo wszystko. Stracił prawie wszystko a teraz jest w drodze z magiem. Połączyła ich klątwa. Czuł się jak dziecko które ma przeżyć przygodę.
-Do Verez są dwa dni drogi.-powiedział mag.
-Wiem, mi tego nie musisz mówić. Byłem tam nie raz w interesach.
-Niestety po drodze nie ma się gdzie zatrzymać.
-Jak to? Przecież kiedyś w połowie drogi stała gospoda.
-Tak. Ale została spalona.
-Jak to? Przez kogo?
-Podobno uderzył w nią piorun.
-Czyli czeka nas noc pod gwiazdami?
Pomiksir nie lubił podpowiadać na pytania oczywiste.
Ściemniło szybko. Mag i złomiarz przed wyjściem z miasta kupili najpotrzebniejsze rzeczy a które zapłacił Edy, w tym koce i prowiant. Edy nazbierał chrustu a zaczął energicznie pocierać o siebie da patyki. Pomiksir po chwili przyszedł do prowizorycznego obozu na skraju lasu z garścią drwa.
-Co robisz?-Zapytał zażenowany.
-Nie widać? Próbuję rozpalić ognisko.
-Odsuń się- Czarodziej rzucił drzewo obok stosu które ułożył Edy. Wyciągnął dłoń w jego stronę i wymówił zaklęcie które niejednemu połamałoby język. W jednej chwili drewno zapłonęło prawdziwym ogniem.
-No tak-Powiedział Edy lekko zdołowanym głosem-przecież umiesz wyczarować ogień z niczego.
-W sumie nie tak do końca z niczego.
-To znaczy?
-Ha, oj nie będę Cię zanudzał podstawami działania energii.
-Ale ja bardzo chętnie posłucham- Edy sprawiał wrażenie dziecka które czekało na bajkę.
-No dobrze, więc usiądź wygodnie i posłuchaj wykładu profesora Pomiksira.-Edy posłusznie wykonał polecenie a on sam przyjął dumną wyprostowaną postawę. - No więc zacznę od tego że nie da się niczego wyczarować z niczego
-Jak to?-Pomiksir zmierzył Ede'go groźnym spojrzeniem.
-Proszę mi nie przerywać. Więc... A z niczego. Magia to po prostu umiejętność kontrolowania energii i jej potęgowania lub osłabiania. Np taki ogień. Ja go nie wyczarowałem. Po prostu wykorzystałem siłę woli i własną energię by zwiększyć temperaturę wokół drewna tak by się zapaliło. Rozumiesz?
-Mniej więcej-choć widać było po jego minie że więcej niż mniej.
-To dobrze. Istnieją różne rodzaje energii które mag może kontrolować. W sumie to jest ich wokół nas całe mnóstwo. Najpopularniejsze to tak zwana magia żywiołów, czyli ogień, woda, wiatr i ziemia. Są też inne np. energia, lub jak kto wioli magia życiowa, energia duchowa, energia pochodząca z planet. Itp itd. Najczęściej magowie szkolą się w opanowaniu konkretnej dziedziny.
-A Ty?
-Co ja?
-W jakiej magi się specjalizujesz?
-Ja?-Twarz maga prócz ognia oświetlała dumna mina.-Ja się specj- Zdanie przerwał podejrzany szmer pochodzący z lasu. Edy zerwał się na równe nogi i chwycił za zdobiony miecz który leżał obok niego. Pomiksir nie drgnął nawet. Prócz jego wyrazu twarzy nic się nie zmieniło
-Znowu te potwory?
-To nie możliwe, one nigdy nie atakowały dwa dni z rzedu.
Z lasu wyszła dziewczyna o kruczoczarnych, długich i prostych włosach. Ubrana była w skórzany kaftan i s spodnie. Ubranie było już bardzo wysłużone i poniszczone.
Ledno powłóczyła nogami. Doszła nieco bliżej ogniska i padła na ziemię.

Następny dzień był bardzo słoneczny. Wiał delikatny orzeźwiający wiaterek a ptaki śpiewały poranną melodię. W śród wiatru i śpiewu ptaków dało się słyszeć rozmowę
-I co z nią?
-Nie wiem, dalej jest nieprzytomna, ale nic jej nie jest
-A skąd to wiesz?
-Przecież jestem magiem, znam się na podstawach medycyny.
Ciemno włosa dziewczyna zaczęła błądzić ręką po ziemi, wsunęła ją od pośladki.
-Tego szukasz?- Tajemnicza kobieta otworzyła oczy. Stał nad nią ciemnowłosy mężczyzna trzymający sztylet- Bardzo dobra robota, krasnoludźka, stal hartowna kilkukrotnie- Edy przyłożył palec wskazujący do końca ostrza- ostrzona tylko na kryształowych ostrzałkach, Na innych nie da się naostrzyć tej stali.
-Wystarczy tego wykładu- Jej oczom ukazał się kolejny mężczyzna, o siwych włosach-Kim jesteś?
Ciemnowłosa nie odezwała się ani słowem, tylko spoglądała to na jednego to na drugiego.
-Kim jesteś- powtórzył
-Jestem Katarina. Ja.- Czarnowłosa była bardzo zdezorientowana, nie widziała co powiedzieć.
-Już spokojnie-powiedział ten o Ciemnych włosach.- Powiedź co się stało.
-Ja nie pamiętam-Katarina wstała po czym zauważyła że ból w nodze utrudnia jej chodzenie. Podwinęła nogawkę i zobaczyła perfekcyjnie opatrzoną ranę- To wy? Zajęliście się mną?
-Wyszłaś-podjął po chwili Edy- z lasu. Co mieliśmy zrobić?
-Ja... Dziękuję.
-I co mamy z Tobą zrobić?- zapytał Pomiksir
-Ja... Udam się do miasta. To chyba dzień drogi stąd. Prawda?
-Veren, tak my też tam idziemy więc pomożemy Ci się tam dostać.
-Trochę opóźni marsz...
-Daj spokój Pomiskirze, przecież nie możemy jej zostawić.
-Nooo dobrze-dodał po chwili zastanowienia, pomożemy.
-Dziękuję-Twarz nowej towarzyszki rozpromieniła się-A czy mogę odzyskać swój sztylet?
Edy był już gotów przekazać jej ostrze kiedy powstrzymał go czarodziej.
-Odzyskasz go w Veren
-Daj spokój przecież to jej własność
-Tak, którą może nam podciąć gardła.
-Rozumiem-wtrąciła-że mi nie ufacie. Nie ma problemu poczekam.
Kararina siadła przyglądała się jak reszta pakuje koce i inny sprzęt do toreb. Po czym Edy wziął Czarnowłosą pd ramię i bez zwłoki dalej ruszyli. Oddalili się od skraju lasu, dalej szli prosto gościńcem nie zagłuszając śpiewu ptaków i szumu wiatru. Mieli pas wierzb rosnących wzdłuż drogi, droga zaczynała robić się co raz bardziej kamienista to utrudniało marsz. Ciepły poranek zamienił się w upalne południe. Pomiksir zarządził odpoczynek. Weszli na zarośniętą łąkę na której pasło się stado krów. Znaleźli na niej jedno duże samotnie rosnące drzewo i postanowili odpocząć w jego cieniu.
-Przypomniałaś sobie coś?-Pomiksir wyrwał Katarinę z zamyślenia
-Nie
-Ciężka sprawa. Bardzo Ciekawi mnie kto Cię tak pokiereszował.
Dalej było już milczenie, Edy uciął sobie małą drzemkę a mag nie spuszczał oka z Katariny.
-EJ! A Co wy tu znów robicie?!- Cisze zniszczył krzyk. Edy poskoczył wyrwany ze snu i wstał na równe nogi.
-Zza drzewa wyszedł starszy człowiek z nie małymi zakolami na głowie.
-Przepraszam waści panowie i ciebie panienko-Starszy człowiek wydawał się być zakłopotany. Znowu żem myślał że to te gówniarze krowy mi straszą.
-Nic się nie stało.
-Co dzień przychodzą i nie wiedzieć po co straszą mi krowy a potem nie dają mleka.
-Naprawdę nic się nie stało-potwierdził czarodziej. Wasze to krowy?
-Nie panie, ja ino je pasam. One ni moje.
-A czyje dobry panie?
-Aa to są wsi właściciela, on najbogatrzy i najwincy zimi mo.
-Nie macie aby nic naprzeciw byśmy sobie tutaj odpoczęli?
-Ja? Nii panie odpoczywajta.
-Dziękujemy.
-ino jakbyście te bachory zobaczyli to przeguńta
-Przegonimy przegonimy dopowiedział Edy
Starszy człowiek tylko skinął głową i odszedł. Na szczęście nikt już nie przyszedł. Po godzinie odpoczynku znów ruszyli. Dalsza podróż odbyła się bez przeszkód. Nowa towarzyszka wykazała się niezwykłą kondycją. Przez pewien czas nawet pozwoliła odpocząć ramieniu Edy'ego i sama kuśtykała. Pomiksir nie spuszczał z niej oczu i co jakiś czas dopytywał się czy coś pamięta. Edy za to wypytywał się o jej rodzinę, przeszłość, zawód i miejsce zamieszkania. Jednak ona za każdym razem spławiała go krótkimi odpowiedziami.
Po jakimś czasie doszli do Verez. Miasto nie było tak bardzo piękne i zaludnione jak Elerad. Ale z pewnością było większe. Nie miało żadnych murów. A jedynie kompleks mniejszych i większych budynków.

-Tutaj nasze drogi się rozchodzą-Powieszał mag wręczając jej sztylet.- Mamy swoje sprawy do załatwienia. Jest tu szpital, znajdziesz go bez problemu powodzenia. 

niedziela, 18 października 2015

Rozdział III - Nowy początek

  W środku nie było wielu ludzi. Zresztą była zbyt wczesna pora by ktoś przesiadywał w karczmie. Co prawda nie był to bank ale karczmie niczego nie brakowało. Była zadbana, prosta a w tej prostocie coś było.
Na jednej ścianie wisiała ogromna mapa która zajmowała prawie całą ścianę. Owa mapa przedstawiała kontynent. Z czterech stron otoczony wodą. Ludzie nazywali to po prostu „Starym kontynentem”. Wiedzieli o istnieniu innych ale naprawdę nieliczna grupa ludzi odwiedziła inne kontynenty. Przeważnie byli to magowie i poszukiwacze przygód. Niemal przez środek mapy przechodził łańcuch górski nazywanych „Łańcuchem krasnoludów”. W ich wnętrzu mieszkały krasnoludy. W środku gór mieli swoje domy, kopalnie, fabryki. Nikt lepiej od krasnoludów nie znał się na hutnictwie i metalurgi. Tereny na południowym-wschodzie zajmował ogromny las zwany „Rest”- ojczyzna elfów. Las ciągnął się prawie do morza. Cała reszta należała do ludzi. Ludzie byli jedyną rasą która dzieliła się jeszcze między sobą na „pięć wielkich nacji”. Aktualnie trwała wojna między Mazarią a Ormanią. Edy wiedział że mapa jest troszeczkę nie aktualna.
Pomiksir stał przy tablicy powieszonej na przeciwnej ścianie.
-Co to jest?-spytał Edy
Pomiksir odkrzykną
-to jest tablica ogłoszeń.
-Ogłoszeń?
Do tablicy było przypięte mnóstwo papieru. Jedne ogłoszenia były przybite do drugich. „Nagroda Za zabicie potwora” „zaginął człowiek” „przyjmę do pomocy w gospodarstwie” „szukam żony, pilne!” „Nagroda za głowę sąsiada”. Na tablicy było całe mnóstwo podobnych ogłoszeń a Pomiksir wyglądał na takiego co chciałby znaleźć coś wyjątkowego.
W tym samym czasie wszedł dziwny jegomość. Był wątły, niski, a twarz wyglądała niczym twarz dziecka nie licząc blizny biegnącej od czoła, koło prawego oka na policzku kończąc. Kolejną rzeczką która rzucała się w oczy było ubranie. Szara podarta szmata przepasana wokół tali i przez ramię. A także topór. Ogromy, zawieszony na plecach.
Dziwny chłopiec podszedł do baru i zamówił piwo po czym usiadł przy pierwszym lepszym stoliku.
Edy przyglądał się mu przez jakiś czas aż zorientował się że Pomiskir siedzi przy stoliku z ogłoszeniem w ręku.
-Znalazłeś coś?
-Tak- odparł pokazując mu papier.
-”nagroda dla tego który załapie złodzieja i odzyska fanty”. Myślałem że lubisz bardziej, emm... Ciekawsze zadania.
-To jest dość ciekawe. Przyjrzyj się tablicy
Edy znów spojrzał na tablicę, szybko przeleciał wzrokiem po ogłoszeniach. Widział kilka dziwnych i zaskakujących ogłoszeń pokroju „szukam asystenta do badań” jak i „zaginął...”
Znów otwarły się drzwi. Do środka weszło dwóch osiłków. Oboje mieli u pasa miecze. Oboje fikuśne czapki z piórem. Oboje wąsy i nie ciekawy wyraz twarzy. Marszem podeszli do dziwnego chłopca z blizną.
-To Ty!
-Ja? Zdaje się wam.
-Odechce się żarcików
Oboje jak na komendę wyciągnęli miecze. Obdartus szybko, niczym kot. Wąsaci panowie zamachnęli się na niego z pełnym impetem. Udało mu się jeszcze odskoczyć. Dalej odskakiwać nie miał szans ponieważ przycisnęli go do ściany. W tej chwili stało się coś najdziwniejszego. Jego ręka stała się bardzo umięśniona, zupełnie nie pasowała do reszty chucherkowatego ciała. Wyglądała niczym ktoś odciął rękę jakiegoś mięśniaka i przyszył ją do ciała małego chłopca. Chwycił tą ręką za topór i machnął nim niczym patykiem. Jednym uderzeniem zwalił osiłków na ziemię. Krew obryzgała jego i ścianę za nim. Następnie cała wylała się na podłogę. Jego ręką wróciła do normalnych rozmiarów, powoli zawiesił topór na plechach.
-Przepraszam za zamieszanie-powiedział do karczmarki która najwyraźniej była w szoku i życił na stół garść monet. Następnie wyszedł jak gdyby nigdy nic.
Przez chwilę trwała niezręczna cisza którą przerwał Pomiksir.
-Wiem co będziemy dzisiaj robić!-wyglądał jak gdyby nie widział tej sceny.-Wstawaj Idziemy do Verez.
-No czyli masz zamiar łapać złodziei?
-To nie jest zwykły złodziej. Widzisz? Na tablicy nie ma innych zleceń dotyczących złodziei. A To dlatego że nie opłaca się nikogo wynajmować do takich spraw. Albo załatwia się to we własnym zakresie, albo zostawia w spokoju. A to jest niezwykły złodziej.

-No dobra. Więc idziemy. Nie wierzę że to robię...